Gruzińskie KAC VEGAS – czyli jak zasypiając w górach Bordżomi, obudziliśmy się nad Morzem Czarnym

Ta historia to retrospekcja wydarzeń i zlepek wspomnień kilku osób. Gruzińskie wino jest pyszne. Zdecydowanie za pyszne…

Trzydniowy trekking w masywie Bordżomi był piękny: widoki zapierające dech, brak ludzi, świetnie przygotowane górskie chaty. Ostatni dzień dał nam nieźle popalić. Trekking w tych górach jest męczący z powodu dużych przewyższeń do pokonania każdego dnia oraz małej ilości naturalnie występującej wody, której wystarczającą ilość na czas trwania wyprawy trzeba zabrać ze sobą. Szczególnie dał się we znaki ostatni dzień trekkingu.  Byliśmy już mocno odwodnieni, a zejście zapamiętałam jako wyjątkowo długie. Przez wiele godzin nie spotkaliśmy żadnych oznak cywilizacji, aż w końcu naszym oczom ukazało się pierwsze domostwo.

Jakimś trafem 😉, gospodarze uprawiali winorośla i prowadzili gospodę z pysznym jedzeniem. Lepiej nie mogliśmy trafić. Wedle założeń, mieliśmy od razu ruszać dalej, na pociąg i w stronę wybrzeża. Zmęczenie i odwodnienie dało się jednak bardzo we znaki. Ktoś z grupy chciał od razu ruszać, ja poczułam zapach jedzenia i uparłam się na prysznic, ktoś inny siadł na plecaku i czekał na rozwój wydarzeń…Podobno dziewiątego dnia na wyjeździe często zdarzają się konflikty. I to był chyba jakoś dziewiąty dzień…:) Na szczęście jeszcze ktoś poszedł po wino.

Ani się nie obejrzeliśmy, a każdy z nas trzymał już w ręku pełna szklankę białego młodego pysznego wina. A że byliśmy zmęczeni… Wtem na stół wjechały kolejno soczyste chinkali, kolorowe chaczapuri, pachnące adżapsandali. Nie pamiętam, co tam jeszcze wjechało, ale wszystko było genialne. W międzyczasie zrobiło się ciemno, wysychały kolejne butelki wina. Wtem, naszym oczom ukazała się para…Słowaków! Właśnie zeszli z gór. Ale fajne są spotkania w podróży pośrodku niczego i to z prawie rodakami. Ich miny, kiedy zmęczeni weszli do jedynej w okolicy chaty, gdzie pierwszym widokiem jaki zastali była banda rozśpiewanych Polaków – były bezcenne. Co się dzieje, kiedy słowiańskie dusze spotkają się przy gruzińskim winie na końcu świata, łatwo sobie wyobrazić. W każdym razie mam nadzieję, bo ja już tego nie pamiętam.

Również nie pamiętam, dlaczego uparliśmy się, żeby jeszcze tamtej nocy jechać nad Morze Czarne. Nasz gospodarz sprawdził, że najbliższy pociąg do Soczi odjeżdża o trzeciej w nocy i że nas podrzuci na dworzec. Po raz kolejny odśpiewaliśmy ponadczasowe „Hej sokoły” i…następnego dnia obudziliśmy się nad Morzem Czarnym. Wtedy nasze miny również były bezcenne. To był ten moment, kiedy rozumieliśmy się bez słów. W głowie kołatało się nam jedno pytanie: jak my się tu MOTYLA NOGA znaleźliśmy?!

Cisza trwała dość długo. Szukaliśmy odpowiedzi, bezskutecznie każdy próbował sobie coś przypomnieć. Nie pomogło tez przeglądanie zdjęć w aparatach. Byliśmy bohaterami filmu, który urwał nam się w tym samym momencie. Konsternację przerwał fakt, że nagle z kieszeni kurtki wyjęłam nasze pomięte bilety na pociąg…Powoli zaczęliśmy składać pojawiające się przebłyskami fragmenty historii.

Okazało się, że gospodarz poczuł się za nas odpowiedzialny i za punkt honoru obrał sobie dowiezienie nas w nocy na dworzec. Jednym z obrazów, który pojawił mi się przed oczami był widok kumpli nachylających się na chwiejnych nogach w pustej hali dworca również po środku niczego do małego okienka próbując zagadywać przerażoną kasjerkę. Z kolei kolega wspomniał moment, kiedy całą ferajnę zagoniłam do pociągu. To musiał być syndrom pilota wycieczek, który odzywa się we mnie zawsze w mocno kryzysowych sytuacjach. Przypomniała mi się powtarzana w głowie myśl, żeby wsiąść do obojętnie którego wagonu, a potem na spokojnie odnajdziemy właściwy. Wsiedliśmy do ostatniego, nasz był pierwszy, a wagonów 17 😊

To był już kolejny tej nocy widok bezcennych min – min obudzonych w środku nocy pasażerów przez grupę dość głośnych i wesołych turystów z wielkimi plecakami przeciskająca się między nimi. W końcu znaleźliśmy się na swoich miejscach, w wagonie bezprzedziałowym. Praktycznie w tej samej chwili na cały wagon rozległ się kanon gromkiego chrapania naszych kolegów. Starałam się udawać, że fakt iż wszyscy mówimy w tym samym języku, wsiedliśmy na tej samej stacji i razem przemierzaliśmy długość całego pociągu, to czysty przypadek.

Pamiętam również uczucie wielkiego pragnienia. Takiego, co pojawia się nagle, chwyta za gardło i nie puszcza, dopóki TU i TERAZ nie napijesz się czegoś zimnego i bez alkoholu. Pamiętam, że poszukiwania wody były żmudne i długie, i że ostatecznie z opresji uratował mnie prowadnik (opiekun wagonu) z wagonu nr 11. Nie wiem, dlaczego nie zauważałam tej litrowej butelki w swoim plecaku umieszczonej tuż pod klapą.

 Za to z kolejnego dnia pamiętam najgłośniejszy w moim życiu dźwięk szumu fal Morza Czarnego w Soczi, smak pysznego adżarskiego chaczapuri na późne śniadanie o zachodzie słońca, a samo miasto chętnie odwiedzę ponownie, ponieważ mam poczucie, że nie za bardzo je poznałam 😉.

2013(2018)

Podobne wpisy:

Podziel się:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *