Machu Picchu – jak zdobywaliśmy legendarne miasto Inków?

Machu Picchu – jak zdobywaliśmy legendarne miasto Inków?

Podróżując po świecie, starałam się omijać popularne turystyczne miejsca, wybierając zazwyczaj niestandardowe i mało znane szlaki. Machu Picchu było jednym z moich największych marzeń. Do tego stopnia, że wiele lat temu, mój szczurek nosił dumne imię na cześć tego inkaskiego miasta😊

Nie chciałam, by miejsce mnie rozczarowało, jak często bywa przy tych najczęściej odwiedzanych. Na szczęście wizyta w Machu Picchu warta jest każdej ceny. Choć dla nas największą przygodą była sama droga to tego niezwykłego miejsca. Ale po kolei…

Jest co najmniej kilka sposobów, by dotrzeć jednego z najsłynniejszych miejsc na świecie. Większość osób decyduje się na przejazd pociągiem z Cuzco do Aguas Calientes – bazy wypadowej do inkaskiej twierdzy.  Taką wycieczkę możne kupić u każdej agencji turystycznej na ulicach “Pępka świata”. (Cuzco w języku kechua).

Przejazd pociągiem to najwygodniejszy, ale również najdroższy wariant. W czasach, kiedy tam byłam minimalny koszt biletu wynosił 70 $ (co dziś już wcale nie wydaje mi się takie drogie). Pakiety najczęściej obejmują: przejazd + nocleg w Aguas Calientes + busik + bilety do Machu Picchu.

Wraz z poznanymi w dżungli Argentyńczykami, postanowiliśmy dostać się do Aguas Calientes po partyzancku, sposobem sprawdzonym wcześniej przez innych globtroterów. Miejscowym transportem dotarliśmy do Ollantalltambo, miasteczka położonego na szlaku słynnego Inka Trail, gdzie również podziwiać można pozostałości inkaskiej architektury. O świcie, po rekonesansie miejscowości, zrobiliśmy szybki przerzut  na tzw. „82 km”. Czyli miejsce na trasie kolejowe z Cuzco, z którego do Aguas oznakowany jest dystans 111 km. Dla nas oznaczało to, że do przebycia mamy jeszcze 29 km spaceru torami.

Przed nami był przecież cały dzień, piękna pogoda i prosta droga. Trzeba było uważać jedynie na często przejeżdżające pociągi, reprezentujące różne turystyczne firmy. Dopóki takowy nie pojawił się w czasie pokonywania tunelu, przeszkoda ta, nie stanowiła dla nas żadnego problemu.
Nasz sprytny plan nie był oczywiście żadną nowością. Fragmentami, wzdłuż torów biegła dobrze wydeptana ścieżka, dzięki czemu trasa przypominała czasem prawdziwy turystyczny szlak. (z pewnością pewnego dnia powinien być tam utworzony, żeby piesza wędrówka „skrótem po torach” była całkowicie legalna.)

Początkowe 10 km mijały dosyć szybko, a spacer był bardzo przyjemny. Wokół towarzyszyły nam piękne widoki; przez chmury przebijały się ponad trzytysięczne szczyty, a obok kotłowała się rwąca i niespokojna rzeka Urubamba. Krótkie przystanki na odpoczynek pośród ruin były dodatkową atrakcją. Co jakiś czas mijał nas kolejny pociąg z turystami na pokładzie, którzy przez okno masowo nas fotografowali i radośnie machali.
Z każdym kilometrem, marsz po torach stawał się coraz bardziej uciążliwy. Jednak prawdziwy kryzys zaczął się na kilometrze „100”…

Nogi powoli zaczęły odmawiać posłuszeństwa, odległość między kolejnymi tabliczkami informującymi o odległości wydawała się coraz większa, a myśl, że do końca wędrówki zostało jedyne 11 km, wcale nie była budująca. Po dziewięciogodzinnym marszu i kilku odciskach, w końcu udało doczłapać się do Aguas Calientes. Miejscowość to turystyczne zagłębie, dlatego też bardzo wygórowane ceny nie pozwalały zatrzymać się tam na dłużej niż jedną noc. Kilka godzin snu musiało wystarczyć, żeby zregenerować siły przed poranną wędrówką do upragnionego Machu Picchu. A dlaczego tylko kilka godzin? Po kolei…

Do Machu Picchu prowadzą dwie drogi; można wjechać do góry autobusem albo wspiąć się stromymi kamiennymi schodami. Dopiero tam, na wysokości około 2500 m.n.p.m znajdują się kasy i wejście na teren niezwykłego miasta. Od kilku lat obowiązują dodatkowe restrykcje, jeśli chodzi o wejście na szczyt Wayna, jeden z dwóch górujących nad miastem. To z niego właśnie rozpościera się widok utrwalony na większości zdjęć. Schody na Wayna Picchu również są bardzo strome i wąskie, dlatego duży tłok stanowi niebezpieczeństwo. Z tego powodu tylko 200 pierwszych osób, które stawi się przy kasach, ma pozwolenie w postaci pieczątki w paszporcie na wejście na szczyt. Jest więc, o co powalczyć.

Podróż autobusem trwa jakieś 30 min, a wspinaczka różnie, w zależności od tempa. Najszybsi wdrapują się po ok. godzinie. Bramki na samym dole przy wejściu na szlak są otwierane o godz. 5 rano. Pierwszy autobus wyrusza pół godziny później. W ten sposób szanse na zdobycie pierwszych pieczątek są wyrównane dla wszystkich. Ważne jest, by zająć odpowiednie miejsce na starcie. Nie wiedzieliśmy, jak działa system. Przypadkowo wszystkie zasady wychodziły na jaw.

O 4.30 byliśmy na dole przy bramkach na początku szlaku pieszego. Już wtedy kolejka była długa. Okazało się, że na pieczątce zależy naprawdę wielu i dokładnie o 5.30 rozpoczął się bezwzględny wyścig. Na początku wszyscy wyrwali do przodu. Schody były jednak tak wąskie, że tylko przemieszczanie się gęsiego wchodziło w grę. Do dziś mam przed oczami wąż świecących czołówek ciągnący się kilkadziesiąt metrów poniżej nas. Ci, co narzucili sobie za mocne i nierówne tempo, szybko zaczęli zostawać w tyle. Co jakiś czas, pod nogami mijaliśmy leżących zmęczonych turystów, a za plecami słychać było dyszenie konkurentów. Bliżej szczytu sytuacja zaczęła się klarować i ciężko już było o jakieś drastyczne zmiany na czele peletonu. Kilka minut przed godziną 6, przy kasach pojawił się pierwszy autobus, a z zarośli wyłaniały się kolejni spoceni szczęśliwcy witani przez pozostałych brawami. Zwycięzcą okazał się wysoki Jamajczyk z dredami.

Nam nie zależało na żadnej pieczątce, tym bardziej, że nad miastem góruje jeszcze jeden szczyt – Machu, na który mogą wchodzić wszyscy chętni. Zupełnie przypadkowo, dzięki wolnemu, ale równemu tempu udało się nam znaleźć w pierwszej dwusetce. Ba! Nawet w pierwszej szesnastce! Do dziś jest to moja ulubiona pieczątka w paszporcie 🙂

Wrażenia i widoki z pobytu w Machu Picchu są niezapomniane. Marzenie zostało spełnione, jednak to właśnie droga na szczyt okazała się największą przygodą.

(Peru 2011)

*Jest to opis naszej trasy z 2011 roku. Możliwe, że teraz wzdłuż torów do Aguas Calientes przebiega już oficjalny szlak, a wyścig do kas nie jest już konieczny.

Koszulka z wymalowanym ręcznie logo Koszalina. Oryginał został skradziony razem z całym ówczesnym dobytkiem w Pucallpie. O tym możesz przeczytać tutaj.
Przez całą drogę do Aguas Calientes towarzyszyła nam wzburzona Urubamba
Trzeba było tylko uważać na pociągi
Najlepiej być wtedy poza tunelem
Widok śpiącego jeszcze Machu Picchu rekompensował trud marszu
Machu Picchu widziane ze szczytu Wayna

Podobne wpisy:

Podziel się:

podroznosci.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *