Witamy w Irlandii!

Witamy w Irlandii!

Minął ponad rok w nowej rzeczywistości, dla mnie również pierwszy – od niepamiętnych czasów – rok bez lotu samolotem. Coraz bardziej przebieram nogami z nadzieję, że wkrótce znowu będzie normalnie, że niebawem ponownie otworzy się świat. Tymczasem wspomniałam dziś sobie o pierwszym w moim życiu locie samolotem…

Pierwszy lot samolotem

Był to czas, kiedy w Polsce dopiero co, pojawiły się tanie linie lotnicze. Dotychczas, dla naszej kilkunastoosobowej ekipy – studentów II roku, latanie było poza zasięgiem finansowym. Aż tu nagle – bach! Za jedno kieszonkowe mogliśmy polecieć w dowolne miejsce w Europie! Był marzec, a za kilkanaście dni przypadał dzień św. Patryka. Wybór był więc prosty – lecimy do Irlandii!

I tak piętnastoosobowa grupa beztroskich studenciaków odbyła swój pierwszy w życiu lot samolotem, relacji Wrocław – Shannon liniami Ryan Air. Plan był prosty: dzielimy się na pary i trójki. Autostopem przemierzamy wyspę wedle własnych założeń, natomiast obowiązkowo widzimy się na Paradzie św. Patryka w Dublinie 17 marca. Z namiotami i pysznym Guinessem w plecakach, każdy w inną stronę, ruszyliśmy na podbój Irlandii. Czekała nas tygodniowa przygoda na wyspie. Cudownie!

Irlandia autostopem

Były góry, owce, zamki, celtyckie krzyże, żonkile, zieleń, duuużo zieleni i jeszcze więcej Guinessa w irlandzkich wiejskich pubach z muzyką na żywo. Irlandia kojarzy mi się również z bólem lewego przedramienia od łapania stopa po innej stronie, niż zwykle ;).

Ze wszystkich autostopowych spotkań i przygód, jedna historia ma szczególne miejsce w sercu :). Nie pamiętam samego kierowcy, samochodu, ani nawet odcinka, jaki z nim pokonaliśmy. Pamiętam za to kilka wypowiedzianych przez niego zdań. Nasz irlandzki, rudy kierowca bardzo pozytywnie odnosił się do naszego pomysłu poznawania Zielonej Wyspy “stopem”, spotkania ze znajomymi na paradzie w Dublinie i pozytywnie zazdrościł przygody. Powiedział, że zawsze marzył, by spędzić noc pod namiotem na szczycie ocalałej zamkowej wieży, którą znał z dzieciństwa.

Marzenie irlandzkiego kierowcy

Kierowca zaproponował, że podrzuci nas do zamkowych ruin i może nam uda się spełnić jego marzenie z młodości. Propozycja, mimo że przysparzająca o dreszczyk emocji, była oczywiście z tych nie do odrzucenia. Nie pamiętam, gdzie znajdowały się ruiny. Mocno zboczyliśmy z głównej drogi, by dość długo jechać lasem, a potem pomiędzy farmami rozdzielonymi kamiennymi murkami. Irlandczyk wskazał nam opuszczone mury na horyzoncie i zdradził, że na szczycie wieży jest miejsce, gdzie można rozbić namiot. Życzył powodzenia i odjechał.

Z towarzyszem podróży wdrapaliśmy się na szczyt wieży krętymi, kamiennymi stopniami. Nie liczyłam, ile ich było, ale było bardzo stromo, wysoko i ciemno, ponieważ nieliczne okienka w wieży były przysypane piachem. Na szczycie przywitał nas piękny widok. Wrażenie było niesamowite! Sami, na szczycie zamkowej wieży w opuszczonych ruinach, gdzieś w Irlandii…A na horyzoncie zupełnie nic. Nic! Tylko pomarańczowa słoneczna kula szybko zbliżająca się do linii horyzontu. To była TA chwila.

Szybko rozbiliśmy namiot na kawałku placu porośniętego trawą i chłonęliśmy moment. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie fakt, że wraz z zapadającym zmierzchem i obsiadającymi krawędzie wieży wielkimi, czarnymi ptaszyskami – uruchomiła się moja wyobraźnia. Postanowiliśmy jak najszybciej przespać noc. Łukasz nie miał z tym żadnego problemu. Zanim do końca zamknęłam namiot, między krakaniem gawronów już można było wychwycić pierwsze nieśmiałe chrapnięcia. Wiedziałam, że to będzie długa noc.

Koszmar marcowej nocy

W głowie zaczęły przewijać się obrazy horrorów, których nigdy nie oglądałam, ale na podstawie moich wizji mógłby powstać nie jeden świetny film grozy. Spokoju nie dawała mi jedna myśl: co będzie, jeśli Łukasz dostanie ataku wyrostka robaczkowego, a ja będę się bała wyjść z namiotu, żeby wezwać pomoc? !!!

Przez cały czas opracowywałam strategię działania. Analizowałam drogę, którą musiałabym przebyć. (Oczywiście, że nie było zasięgu!). Spocona i przerażona, w mroku pokonywałam biegiem wszystkie stopnie w krętej wieży, by przez ruiny dziedzinńca wybiec na pole i dalej szukać pomocy. Tylko gdzie? W moim śnie na jawie, w jedynym na horyzoncie widocznym domostwie, świeciła się lampka. Pędziłam z całych sił przez ciemną pustą przestrzeń. Mojego tempa nie powstydziłaby się bohaterka filmu “Biegnij Lola, biegnij”, ani bohater “Apocalypto”. Nad głowami wciąż miałam latające ptaszyska, które zerwały się do lotu, kiedy tylko wyszłam z namiotu.

Nie pamiętam już, czy udało mi się wezwać pomoc. Ale dokładnie pamiętam wszystkie emocje, jakie towarzyszyły mi tamtej nocy. O świcie, kiedy wrzaski ptaszysk uspokoiły się, a z drugiej strony horyzontu pojawił się brzask wschodzącego słońca, Łukasz przeciągnął się leniwie i stwierdził, że dawno się tak nie wyspał.

Kocham przygody. Szczególnie te w podróży związane z niesamowitymi spotkaniami. Nocleg w namiocie na szczycie wieży, w ruinach zamku, o których powiedział nam irlandzki kierowca był z pewnością przygodą, ale jedną z tych, których już nie muszę powtarzać.

Podobne wpisy:

Podziel się:

podroznosci.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *