JAK PRZYPADKOWE SPOTKANIE NA CPN-nie W MAROKU BYŁO POCZĄTKIEM WIELKIEJ PRZYGODY W ROSJI 😉

To przypadkowe spotkanie z rodakami na środku pustej drogi na marokańskiej pustyni mogłoby być początkiem niezłego filmu kryminalnego. Piękny przykład efektu motyla. Kto by pomyślał, że ta krótka pogawędka będzie miała swoja kontynuację na rosyjskiej granicy, gdzie spędzasz kilkanaście godzin nocą i skanują twoje auto. Ale zacznijmy od początku…

Kilka lat temu pilotowałam malutką grupę turystów po Maroku. Wyjazd był bardzo udany, program bogaty, towarzystwo super. Po kilkugodzinnym przejeździe busem przez Saharę, widok malutkiej stacji benzynowej pośrodku niczego wzbudził w nas euforię. Co prawda na zimne piwko nie było szans, ale może jakiś pomarańczowy sok, albo chociaż cola w lodówce…Tak! Modły zostały wysłuchane, ponieważ na stacji była również mała knajpka!

Z moją genialną grupką

Gdyby nie to, że uzupełniliśmy już płyny i zapasy energetyczne, widok czerwonego Fiata Ducat na polskich numerach uznalibyśmy za fatamorganę.

Okazało się, że chłopaki właśnie zjechali z gór Atlas, skąd od 6 lat wykopują i eksportują tony marokańskich agatów. Przemo wśród znajomych z kamieniarskiej branży miał nawet przezwisko: Król Agatów. Minerały to jego konik, ale to właśnie do agatów, szczególnie tych z Maroka ma szczególną słabość. Po półgodzinnej rozmowie dowiedzieliśmy się mnóstwo ciekawostek na temat tej przepięknej skały. Gdzie występuje, czym się charakteryzuje, w którym miejscu najlepiej agat przecinać, gdzie tkwi jego piękno… Przemek prowadzi w Polsce Muzeum Minerałów w jednej z najpiękniejszych latarni morskich, w którym eksponuje najbardziej wyszukane okazy. Resztę sprzedaje na giełdach kolekcjonerskich. Kilka osób z grupy wymieniło się z chłopakami numerami i nasze drogi rozeszły się.

Pół roku później planowałam z kumplami zimową wyprawę na Syberię. Kiedy dogrywałam jakieś formalności, odebrałam telefon od…Przemka z Maroka! Okazało się, że kontaktowała się z nim jedna z moich turystek, ponieważ chciała sprowadzić sobie z Maroka stół. Z ich rozmowy wynikło, że dość często bywałam w Rosji i tak oto Przemek zdobył numer. Kiedy dowiedział się, że za dwa tygodniem ruszamy na wschód, z miejsca zaczął wymieniać minerały, jakie występują w regionie Bajkału. W mgnieniu oka zapadała decyzja o dołączeniu do naszej grupki.

Z chłopakami w Ułan Ude
Baikal Highway:)

Zimowa przygoda była piękna, a Muzeum Minerałów powiększyło się o gablotę z Rosji. To piękne uczucie, kiedy znasz historię każdego jej okazu.

I kto by pomyślał, że wiele lat później to samo muzeum będzie sponsorowało bilety dla wszystkich zawodników współorganizowanej przeze mnie imprezy sportowej 😉

Krótko po powrocie do kraju, Przemek oznajmił, że czas zdobyć również tytuł Króla Agatów za wschodnią granicą. Sprawdził, że w kwietniu, dokładnie za dwa tygodnie, w Moskwie odbywa się wystawa minerałów i on musi się tam znaleźć. Ja natomiast, jako „człowiek od wschodu” też. Wystawa przypadała na 7 kwietnia, czyli Dzień Geologa.

Akcja była naprawdę szybka. Może i dobrze, bo przynajmniej nie miałam czasu, by się zastanowić nad swoimi obawami.

Aby wystawić się z minerałami w Rosji, należy zdobyć osiem pieczątek: w UC w Polsce, na granicy przy wyjeździe z UE, na wjeździe do Rosji, w UC w Moskwie oraz te same w drodze powrotnej. Ponadto w dokumentach trzeba wskazać dokładną zawartość towarów, wagę, a na powrocie wszystko musi się zgadzać. Zdobycie każdej pieczątki powinno być uprzedzone dokładna kontrolą auta i towaru. Na szczęście dla nas, pojęcie „powinno” w niektórych miejscach jest elastyczne. Na szczęście, ponieważ okazało się 150 kg agatów i innych kamieni w drodze powrotnej przemieniło się w taką sama ilość…kwarcu.

Widok na teren wystawienniczy w Moskwie z Hotelu Kosmos

Dla wszystkich celników na trasie nasz przypadek był precedensem. To zazwyczaj pomaga, ponieważ nie do końca wiedzą, jak się z tobą obejść. Natomiast, aby pokazać się z jak najbardziej srogiej strony, na rosyjskiej granicy byliśmy kontrolowani najdokładniej ze wszystkich TIRów czekających w kolejce. Byliśmy również jedyną osobówką, która wjeżdżała do wielkiego pomieszczenia skanującego pojazdy i jedyna pomiędzy sznurem wielkich ciężarówek. Przemek z radością wyuczył się rosyjskiego słówka „gruz” oznaczającego po prostu “towar” i chętnie odpowiadał na pytanie celników: Co przewozicie?

Po nieprzespanej na granicy nocce mieliśmy już sztamę ze wszystkimi celnikami. Do wystawy brakowało nam ostatniej pieczątki – z Moskwy, bez której formalnie nie powinniśmy nawet otwierać w tym mieście bagażnika.  

Niestety przez zastój na granicy, fatalny stan drogi do stolicy spowodowały ogromna obsuwę czasową i drzwi do Urzędu Celnego w Moskwie były już zamknięte. Przemek był tak zdeterminowany, że postanowiliśmy (choć z duszą na ramieniu) kontynuować misję popularyzacji polskich i marokańskich kamieni w Rosji. Przynajmniej taka była oficjalna wersja. Marokańskie agaty okazały się hitem na moskiewskiej wystawie! Do tego stopnia, że nasz bagażnik…opustoszał. Niesieni chwilą atmosfery na wystawie, zakrapianej koniaczkiem z okazji Dnia Geologa zapomnieliśmy o fakcie, że formalnie wpadliśmy w poważne tarapaty.

I to jest właśnie moment, kiedy do naszego filmu wkracza Vladimir Igorovicz. Biznesmen o ciekawej przeszłości 😉 planował otworzyć w Rosji najpotężniejsze muzeum mineralogiczne. Znajomość z Królem dobrze wpisywała się w jego wizję.

Vladimir kierował pewnym podmoskiewskim przedsiębiorstwem. W jego skład wchodził hotel, restauracja, szkoła, klub sportowy, firma budowlana i pewnie jeszcze wiele innych podjednostek, o których nie zdążyliśmy się dowiedzieć. Dworek, do którego zaprosił nas Dyrektor był główną siedziba przedsiębiorstwa. W każdym kącie poupychane były bezcenne okazy różnych minerałów, którymi zachwycał się Przemek. Mi rzuciły się w oczy wszechobecne symbole systemu komunistycznego. Znad fotela dyrektora spoglądał Lenin i Kim Dzon Il, a na ścianach wisiały sztandary z komunistycznymi sloganami. Vladimir opowiadał historie o przebrzydłym kapitalizmie oraz o swojej nienawiści do inostranców. Niemniej jednak przyjął nas bardzo serdecznie.

Miejsce było tworem. Wszyscy zatrudnieni w obiekcie, za swoją pracę otrzymywali wikt i opierunek oraz symboliczne grosze na drobne wydatki. Każdy traktowany był równo. Istny relikt u boku kapitalistycznej potęgi, najdroższej stolicy świata.

Jak mówi słynne przysłowie o tym, komu dopisuje szczęście i ta przypadkowa znajomość bardzo nam pomogła. Jak słusznie obawialiśmy się, brak pieczątki wjazdowej z towarem do Moskwy był poważnym problemem. Niezwłocznie musieliśmy udać się do Urzędu Celnego, by wyjaśnić sytuację. Tylko ze do zamknięcia urzędu było już tylko 4 godziny. Zważywszy na fakt, że znajdowaliśmy się jakieś 30 km pod Moskwą i musieliśmy jeszcze „uzupełnić” braki w naszym bagażniku, prognozy nie były optymistyczne. I tu z pomocą przyszedł nam Dyrektor. Czym prędzej ze swojej firmy budowlanej załatwił nam górę kwarcu, który w błyskawicznym tempie Przemek łupał małym młoteczkiem na odpowiednie rozmiary, by gramatura i ilości pasowały do opisu kamieni w dokumentach. Ja tylko na bieżąco opatrywałam mu kolejne skaleczenia zdając się już totalnie na los.  

Z duszą na ramieniu i 150 kilo kwarcu w bagażniku, mknęliśmy do moskiewskiego City wymyślając po drodze różne wersje tłumaczenia braku pieczątki w UC. Auto zaparkowaliśmy przed szlabanem licząc, że celnikom nie będzie się chciało sprawdzać nam auta i po raz kolejny na brak wiedzy, co do wyglądu marokańskich agatów.

Na miejscu wszystko układało się podejrzanie łatwo. Naczelnik przyjął nas, mimo że do zamknięcia pozostało jedynie 20 minut i wcale nie musiał już tego robić. Po wysłuchaniu jedynie wstępu naszej historii, wyjął kartkę, długopis mówiąc:

„Piszi.”

Nie zadając wbrew swojej tendencji pytań, spisałam dokładnie dyktowane słowa. Po chwili wrócił z jakimś pismem na ucho szepcąc nam bezcenną radę, której niestety nie mogę zdradzić 😊. Czyżby opiekuńcza dłoń Dyrektora? Nie chcieliśmy się nad tym zastanawiać. Na granicy również bez żadnej kontroli gładko przeszliśmy wszystkie posterunki. Zanim jednak do niej dotarliśmy, oczywiście musieliśmy przeżyć jeszcze jeden skok adrenaliny, ponieważ okazało się, że naszego auta NIE MA!!!! Nasi celnicy zasugerowali, że prawdopodobnie nas po prostu odholowali za nieprawidłowe parkowanie. Za ich kolejną radą odnaleźliśmy w necie numer do tzw. Ewakuacji aut😉. Po małym telefonicznym śledztwie okazało się, że nasz kangurek stoi odholowany na parking na obrzeżach miasta. Po opłaceniu mandatu w stosownej jednostce policji, udaliśmy się najpierw metrem, potem stopem na wskazany parking. Stamtąd mogliśmy w końcu ruszyć w kierunku domu!

Przed wyprawą za punkt honoru obrałam sobie, że nie damy żadnej łapówki. Wyjeżdżając z Rosji po tych wszystkich przygodach nie chciało mi się wierzyć, że się obeszło. I tym momencie już po stronie UE łotewski celnik przyczepił się do…sztangi fajek, które wiozłam dla taty, które beztrosko leżały na kupie kwarcu. Pierwszą rzeczą, jaką usłyszeliśmy po wyjeździe z Rosji było:

Dogadamy się jakoś.

Na szczęście była to jedyna rzecz, która zwróciła jego uwagę, a fajki w całości dojechały do domu 😉  

2011/2012/2013

*zbieżność imion przypadkowa;)

Podobne wpisy:

Podziel się:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *